...taka sobie zbieranina :-
Blog > Komentarze do wpisu

Francuski po szkocku

No to i podjąłem studia francuskiego na Glasgow University... Wszystko to wygląda zupełnie inaczej niż się spodziewałem...

No ale od początku.

Zawsze chciałem porządnie postudiować jakieś języki.Angielskiego nauczyłem się jakoś tak mimochodem, francuskiego uczyłem się już bardziej zorganizowanie, z książek i płyt, ale jakoś od nieużywania na co dzień wszystko mi się zapomniało.

Dlatego kiedy dowiedziałem się, że istnieje możliwość studiowania tego języka praktycznie od zera i to na uniwersytecie, który w dziedzinie romanistyki jest podobno ósmy na świecie nie zastanawiałem się ani chwili i to był jeden z moich dwóch głównych kierunków studiów. (Na Glasgow University student wybiera sobie dwa główne kierunki studiów a do tego dorabia sobie jeszcze inne zajęcia, z których jednak nie uzyskuje dyplomu).

I tak po zdaniu egzaminu z angielskiego, przetłumaczeniu indeksu ze starych studiów i paru innych perturbacjach otrzymałem upragnioną ofertę studiów a w niedługi czas potem zostałem uczestnikiem kursu French 1B (język dla początkujących + kultura, w przypadku pierwszego roku poznawana poprzez kino francuskie). 

Pierwsze co, to lekkie zaskoczenie. Zajęcia odbywają się trzy razy w tygodniu, po godzinie. Drugie zaskoczenie - w mojej grupie jest blisko 30 osób.

Zakupiliśmy książki (własne materiały uniwersytetu z płytą DVD) i się zaczęło "voila du pain", "je m'apelle Lea" i tak dalej.

Pierwsze spostrzeżenie: widać różnicę w systemie edukacji. Kiedy wraz z kolegami z fizyki i astronomii uczęszczaliśmy na ogólnouniwersyteckie zajęcia z przedmiotów nauczycielskich podśmiewaliśmy się nieco z "panienek z filologii" które bez przerwy notowały coś w swoich kajecikach. Byliśmy przekonani, że zapisują tam wszystko łącznie z "dzień dobry" i "do widzenia" wypowiedzianych przez wykładowcę. Tutaj ludzie są inni, notują sobie coś od czasu do czasu, ale generalnie myślą samodzielnie. Nie boją się zapytać i wciąż przerywają prowadzącej, co jednak nie opóźnia toku wykładu, bo w sumie sami spostrzegawczo odkrywają wszelkie zależności i róznice takie jak rodzajniki określone i nieokreślone czy róznicę pomiędzy voici i voila. W odróżnieniu także od tego, do czego przyzwyczajeni jesteśmy na polskich uczelniach, widać, że studenci chodzą na nie po wiedzę - nikt nie rozmawia, nie czyta gazet, nie gra w karty w ostatnim rzędzie. Być może właśnie dlatego, że wykładów jest tak mało? Studenci muszą włożyć wiele własnej pracy, ale też nie są zamęczani zbędnymi rzeczami w rodzaju "propedeutyka historii wstępów do średniowiecznej gramatyki francuskiej" czy "ogólny przekrój przez klasyfikację czasowników niereguralnych ze względu na rodzaj zastosowanej czcionki".

Moja domowa romanistka po przejrzeniu pobieżnie książki z pewnym zaskoczeniem zauwazyła, że jest tam kompletnie WSZYSTKO łącznie z jakimiś zapomnianymi czasami których nikt nie używa. A to jest dopiero pierwszy podręcznik dla początkujących.

Na razie mam za sobą jedną "video class" oraz jedną "grammar class". Jutro jest dodatkowa godzina, zdaje się, ze w mniejszych grupach, na której, zgodnie z wręczonym nam programem zajęć będziemy "utrwalać" tudzież "stosować w praktyce" wiedzę nabytą w poniedziałki i wtorki.

Co ciekawe zajęcia stricte mówione (oral classes) rozpoczną się dopiero od drugiego semestru. Może założeniem kursu jest nadgonienie ile wlezie w kwestii teoretycznej znajomości języka aby potem było łatwiej zacząć rozmawiać?

Pożyjemy - zobaczymy.

wtorek, 23 września 2008, tomek854

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: